Wyrchgóra z psem – szlakiem z Goleszowa na punkt widokowy
Psiemanko! 🐾 Słuchajcie, są takie góry, które wyglądają na mapie banalnie. Pięćset dziewiętnaście metrów? To nawet nie jest porządny pagórek! A potem stajesz na krawędzi starego kamieniołomu, przed tobą otwiera się cały Beskid, pod łapami masz kilkadziesiąt metrów pionowej przepaści i nagle rozumiesz, że metry to nie wszystko.
Wyrchgóra w Goleszowie z psem – krótko, blisko, tanio i z widokiem, który zawstydza niejeden tysięcznik. Do tego turkusowy zbiornik na start, wąwóz po dawnej kolejce wąskotorowej i szlak, na którym Pańcio zgubił się jak dziecko we mgle. Ale o tym za chwilę, bo to najlepsza część. Bierzcie smycz, bierzcie smakulce, jedziemy!
Goleszów, czyli wieś, która żyła z kamienia
Zanim wejdziemy na szlak, mały wykład od Koksika – bo bez tego nie zrozumiecie, czemu ta okolica wygląda, jak wygląda.
Goleszów leży na Pogórzu Śląskim, dziesięć minut od Ustronia i kawałek od Cieszyna. Przez dobre sto lat kręciło się tu wszystko wokół jednego: cementowni. Góra Jasieniowa, na którą właśnie idziemy, jest porozcinana kilkunastoma kamieniołomami – dziś w większości zarośniętymi tak, że wyglądają jak normalny las. Wapień i margle jeździły stąd do cementowni kolejką wąskotorową, dla której przekopywano w zboczach całe wąwozy i drążono tunele.
I teraz uwaga: prawie wszystko, po czym będziemy dziś deptać, to pozostałość po tej kolejce. Płaskie, szerokie ścieżki na zboczach? Dawne torowiska. Tunel przy parkingu? Przejazd kolejki. Wąwóz w połowie trasy? Przekop pod tory. Nawet jeziorko, nad którym zaczynamy, to zalane wyrobisko.
Mój nos twierdzi, że pod tym wszystkim nadal coś jest. Pańcia twierdzi, że nie kopiemy. Jak zwykle wygrała Pańcia.
Zbiornik Ton – turkusowa woda, w której nie wolno się kąpać
(tak, wiem, sam w to nie wierzę)
Zaraz za parkingiem przechodzimy pod starym, zabytkowym tunelem – tym samym, którym kiedyś jeździła kolejka. Ciemno, chłodno, echo. Ja przemaszerowałem z podniesionym ogonem, ale uczciwie uprzedzam: jeśli Wasz pies nie lubi ciasnych, ciemnych przejść, dajcie mu chwilę i smakulca. To dosłownie kilkanaście metrów, da się przeżyć.
A po drugiej stronie – bum. Zbiornik Ton.
Woda ma tu kolor, którego nikt się w Goleszowie nie spodziewa: turkusowo-zielona, w słońcu wygląda, jakby ktoś przez pomyłkę przywiózł kawałek Chorwacji na Śląsk Cieszyński. To zalane dawne wyrobisko cementowni, dziś siedlisko ryb i płazów, obstawione ławeczkami, tablicami informacyjnymi i drewnianymi rzeźbami. Wokół chodzi ścieżka, co kawałek jest stanowisko wędkarskie, gdzieś siedzi pan z wędką i medytuje.
I tu smutna wiadomość dla psich pływaków: kąpać się nie wolno. Napisane jak byk na tablicy. Pies owszem, mile widziany, ale na smyczy. Ja patrzyłem w tę wodę tak długo i tak wymownie, że Pańcio prawie pękł. Prawie.
Druga sprawa: wokół zbiornika nie da się przejść w całości. Idziecie sobie pięknie wzdłuż wody, mijacie rzeźby i tabliczki, a po jakiejś połowie – bach, zarwany drewniany mostek i barierka. Koniec. Trzeba się wrócić tą samą drogą. Z drugiej strony jest dokładnie to samo.
Ale wiecie co? I tak warto. Ten kawałek ścieżki nad wodą jest naprawdę śliczny, a widoki na turkus między drzewami robią robotę.
Skąd startujemy i jak tam dotrzeć?
Auto zostawiamy na małym, darmowym parkingu tuż przed tunelem, przy samym zbiorniku. Mieści się tam kilka samochodów, a kawałek dalej jest drugi taki sam, więc nawet w wakacyjne popołudnie da się wcisnąć. My przyjechaliśmy w sam środek wakacji o trzynastej i stały tam dwa auta. Dwa. Ludzie, gdzie Wy jesteście?
Współrzędne parkingu: 49.7312, 18.7329
Gdyby jednak było pełno – zostaje pobocze ulicy Nad Tonem albo parking w centrum Goleszowa, przy Gminnym Ośrodku Kultury. Stamtąd też dojdziecie, tylko trochę nadłożycie.
Dojazd od strony Ustronia to kwadrans, od Cieszyna niewiele więcej. To jest wycieczka na spontan, nie na wyprawę życia.
Szlak krok po kroku – gdzie zaczyna się ten cholerny czerwony
I tu pierwsza pułapka, na którą się nadzialiśmy.
Wygląda to tak, jakby czerwony szlak odbijał gdzieś zaraz przy wiadukcie. Nie odbija. Pańcio łaził tam i z powrotem, oglądał drzewa jak leśniczy, ja oglądałem Pańcia. Nic.
Trzeba cofnąć się za tunel i za parking, skręcić w lewo w ulicę Olimpijską i iść nią pod górę. Dopiero tam, na słupie i na drzewach, pojawiają się pierwsze czerwono-białe znaki i skręcamy w prawo w leśną drogę.
Po drodze mijacie pozostałości dawnych skoczni narciarskich LKS-u Olimpia Goleszów. Śmiesznie to wygląda dziś – zarośnięte zbocza, po których kiedyś ktoś naprawdę latał.
Pierwsze podejście jest po asfalcie i całkiem stromo. Pańcio, który trenuje sporty walki, ma na to swoją teorię: pierwsze sto metrów zawsze boli, potem organizm się ogarnia i można deptać kilometrami. Jako pies mogę potwierdzić – tylko u mnie ten proces trwa jakieś cztery sekundy.
Potem robi się już przyjemnie. Ścieżka wchodzi w las, nachylenie łagodnieje, pod łapami mamy miękką ziemię zamiast asfaltu. Rozwidleń jest mnóstwo – co chwilę trzy drogi i trzeba szukać znaczka na drzewie. W tę stronę oznakowanie jest w porządku, tylko trzeba patrzeć w górę, a nie pod nogi.
Jest też błoto. Sporo błota. Buty trekkingowe to nie fanaberia, tylko warunek wrócenia z suchymi skarpetkami. Ja oczywiście przeszedłem wszystkie kałuże środkiem, bo tak się należy, i wróciłem do auta w kolorze, którego wcześniej nie miałem. Ręcznik do bagażnika obowiązkowo.
Jasieniowa (Goleszowska Góra) 521 m – szczyt bez widoku
Przy tablicach ścieżki „Przyroda nie zna granic” jest odbicie w prawo, na Jasieniową, zwaną też Goleszowską Górą – 521 m n.p.m. To formalnie najwyższy punkt całego masywu, o całe dwa metry wyższy od Wyrchgóry.
Ludzie na szlaku mówili nam: „nie ma tam nic, sam las”. Pańcio na to, że nie zaliczyć szczytu, przy którym się stoi, to grzech. I poszliśmy.
Ludzie mieli rację. Na górze jest tablica informacyjna i las. Tyle. Żadnej panoramy, żadnej skałki, nic. Ścieżka po drodze jest wyraźnie rzadziej używana, zarośnięta, z pokrzywami po bokach i błotem po kostki. Pańcia wróciła z nogami pokłutymi pokrzywami i butami w błocie po same sznurówki.
Odbicie to jakieś 500 metrów w jedną stronę, czyli dodatkowy kilometr i ze dwadzieścia minut.
Moja psia rada: idźcie tam tylko, jeśli macie w sobie tę chorobę zaliczania szczytów. Jeśli Wasz pies ma krótką sierść, nie lubi wysokich traw albo po prostu chcecie mieć z tej wycieczki maksimum przyjemności przy minimum kleszczy – odpuśćcie bez wyrzutów sumienia i idźcie prosto na Wyrchgórę.
Ja odpuściłbym. Ale mnie nikt nie pytał.
Wyrchgóra 519 m – tablica, skrzynka i pieczątka
Wracamy na czerwony i od rozwidlenia zostaje jakiś kilometr wygodną leśną drogą. I jesteśmy.
Na szczycie znajdziecie:
tablicę z wysokością i opisem masywu (na jednej tabliczce jest 518,5 m, na drugiej 519 – nie kłóćcie się, to ta sama górka),
skrzynkę, do której wrzuca się karteczkę z wpisem – taką księgę zdobywców,
pieczątkę dla wszystkich, którzy zbierają.
Mała ciekawostka nazewnicza: spotkacie zarówno Wyrchgórę, jak i Wyrgórę – to to samo wzniesienie. Bywa też mylona z Jasieniową, bo obie są częścią jednego masywu. Teraz już wiecie, że to dwa różne wierzchołki i możecie mądrzyć się na szlaku.
Punkt widokowy – gwiazda całej wyprawy
I tu, psiaki i psiarze, jest serce tej wycieczki.
Od szczytu schodzicie dosłownie kilkadziesiąt metrów w dół i wychodzicie na krawędź. Stoicie nad urwiskiem dawnego kamieniołomu, zbudowanym z fliszu karpackiego, dziś zabezpieczonym drewnianym, rzeźbionym płotkiem. Jest też tablica z opisem panoramy, więc nie musicie zgadywać, na co patrzycie.
A patrzycie na: Ustroń z charakterystycznymi piramidami, Małą Czantorię i Równicę. Przy dobrej pogodzie to jest widok, za który na innych szlakach trzeba się wspinać godzinami.
Pańcio zrobił zdjęcia. Pańcia wypiła kawę. Ja siedziałem i patrzyłem wiernym wzrokiem w kierunku plecaka. Metoda skuteczna jak zawsze. Smakulec zdobyty.
I teraz najważniejsza rzecz w całym tym artykule, więc czytajcie uważnie:
Ścieżka biegnie tuż nad urwiskiem, a spadek liczy kilkadziesiąt metrów. Krzaki miejscami zasłaniają krawędź tak, że dopiero po fakcie widać, jak blisko się szło. Po deszczu, w błocie, robi się to naprawdę nieprzyjemne.
Smycz krótka, pies przy nodze, koniec dyskusji. Żadnego „niech se pobiega, przecież grzeczny”. To samo dotyczy dzieci. To jedyne miejsce na całej trasie, gdzie trzeba się serio pilnować – ale za to pilnować trzeba się naprawdę.
Zejście, czyli jak Pańcio zgubił nas w lesie
(czyli moja ulubiona część)
Z punktu widokowego macie trzy opcje. Opiszę wszystkie trzy, bo każda ma sens dla innego psa.
Opcja pierwsza – powrót tą samą drogą. Najpewniejsza. Znacie ją, jest oznakowana, wiadomo, gdzie się kończy. Jeśli idziecie ze starszym psem, z małym dzieckiem albo po prostu chcecie mieć spokój – bierzcie tę. My polecamy ją najbardziej, i to nie z lenistwa, tylko z doświadczenia. Zaraz zrozumiecie.
Opcja druga – strome zejście tuż za punktem widokowym. Kilkadziesiąt metrów wąskiej, kamienistej, naprawdę ostrej ścieżki w dół. Z psem, który ciągnie na smyczy, szczerze odradzam – łatwo o zjazd na czterech literach, i to niekoniecznie psich.
Opcja trzecia – obejście czerwonym szlakiem w prawo, przez wąwóz. Najciekawsza. I ta, którą wybraliśmy.
No i tu się zaczęło.
Zeszliśmy z punktu widokowego w las i oznakowanie po prostu się skończyło. Nie „było rzadkie” – nie było go wcale. Rozwidlenie, drugie, trzecie, cztery ścieżki na krzyż, a na drzewach nic. Oboje z Pańciem szukaliśmy znaków, i nic. Ścieżki robiły się coraz węższe – w pewnym momencie szliśmy czymś szerokości psa, czyli mniej więcej mojej. Do tego przewrócone drzewa w poprzek, zarośla i cisza.
Pańcio był, delikatnie mówiąc, zdenerwowany. Ja byłem zachwycony, bo to były najlepsze zapachy dnia.
Uratował nas GPS w telefonie – i uwaga, bo to ważne: on nie wyznaczył nam trasy. Google Maps w ogóle nie zna tego szlaku, prowadzi naokoło przez wieś. Widzieliśmy po prostu kropkę na mapie i porównywaliśmy ją z przebiegiem szlaku, żeby wiedzieć, czy idziemy w dobrą stronę. Tak, po kropce, przez las, przez pół godziny.
I wiecie, co się okazało na samym końcu? Że idąc od dołu, ten sam odcinek jest oznaczony normalnie. Przy wyjściu z wąwozu stoi znak, że czerwony prowadzi w prawo. Problem jest wyłącznie przy schodzeniu z góry – z góry nie ma nic.
Więc jeśli chcecie zrobić pętlę – zróbcie ją w drugą stronę. Wchodźcie przez wąwóz, schodźcie tą oznakowaną stroną. Serio. Nauczcie się na naszym błędzie, po to Wam o nim opowiadam.
Wąwóz Ajsznyt – nagroda za wszystkie nerwy
Kiedy w końcu trafiliśmy tam, gdzie trzeba, okazało się, że było warto.
Wąwóz Ajsznyt to dawny przekop wykonany pod tory kolejki wąskotorowej. Idziecie dołem, a po obu stronach wznoszą się wysokie ściany skalne z widoczną odkrywką geologiczną fliszu karpackiego – czyli można sobie na żywo obejrzeć, jak ułożone są warstwy skał. Od 2009 roku miejsce jest chronione jako stanowisko dokumentacyjne „Jasieniowa” i jest siedliskiem wielu gatunków roślin i zwierząt.
Dla psa to jest najlepszy fragment całej trasy. Chłodno, cieniście, wilgotno, ściany trzymają zapachy jak lodówka. Szedłem tam z nosem przy ziemi i ani razu nie podniosłem głowy.
Zaraz za wąwozem, przy miejscu zwanym Pod Księżycem, znajdziecie ławeczkę i zadaszony domek – idealny przystanek na odpoczynek i miskę wody. Jest też drogowskaz, więc od tego momentu wiadomo już, gdzie się jest.
Potem czerwony sprowadza Was normalnie w dół, w stronę jeziorka. Ostatni odcinek jest stromy – zbiornik leży sporo niżej niż szczyt, więc trzeba to zbiec, chcąc nie chcąc. Na dole wychodzicie przy tunelu i jesteście z powrotem przy aucie.
Psiolubność szlaku
No dobra, konkrety. Czy Wyrchgóra z psem to dobry pomysł? Tak. Ale z kilkoma gwiazdkami.
Na plus:
ścieżki leśne, miękkie, przyjazne łapom – asfaltu jest tylko kawałek na starcie
podejście łagodne, bez skał, drabinek i łańcuchów – zrobi to spokojnie pies każdej wielkości
prawie cała trasa w cieniu drzew, co latem robi ogromną różnicę
poza szczytem prawie nikogo nie ma
zapachów tyle, że nos paruje
Na minus:
brak wody na trasie – w zbiorniku pić nie wolno, źródełek nie ma, całą wodę dla psa niesiecie ze sobą
kleszcze – las, wysokie trawy, pokrzywy, zwłaszcza na odbiciu na Jasieniową; zabezpieczenie przed wyjazdem i porządny przegląd psa po powrocie
urwisko przy punkcie widokowym – nie straszymy na wyrost, tam naprawdę trzeba trzymać krótko
błoto – pies wróci brudny, przyjmijcie to jako fakt
oznakowanie przy zejściu – naładowany telefon z mapą offline to tu nie gadżet, tylko wyposażenie
Uwaga sezonowa: pojawiają się informacje, że ze względów bezpieczeństwa odcinek nad urwiskiem bywa zamykany od 1 listopada do 31 marca. Jeśli planujecie zimowy wypad, sprawdźcie to wcześniej na stronie gminy Goleszów.
Ile to zajmuje naprawdę?
I tu ostatnia rzecz, bo w internecie piszą bzdury.
Piszą, że szlak zajmuje godzinę. Sam szlak górski to faktycznie niecałe 3 km i przy sprawnym marszu w tę i z powrotem można się w tym zmieścić.
My wyszliśmy o 13:30, wróciliśmy o 15:40. Wyszło 6 km i 2 godziny 10 minut – ale w tym: spacer wokół zbiornika, odbicie na Jasieniową, kawa na punkcie widokowym i pół godziny błądzenia po lesie.
Realnie zarezerwujcie sobie 2,5 godziny. Nie godzinę. Bo tu naprawdę chce się posiedzieć.
Warto?
Warto. I to bardzo.
To nie jest wyprawa życia i nikt Wam nie przypnie medalu za 519 metrów. Ale to jest idealna wycieczka na pół dnia z psem: krótka, darmowa, bez tłumów, z turkusową wodą na dzień dobry, kawałkiem prawdziwej przemysłowej historii pod łapami i panoramą Beskidów na deser.
A jak jeszcze zgubicie się w lesie jak my, to macie z tego opowieść na lata. Ja mam. Opowiadam ją każdemu psu w okolicy i za każdym razem ten wąwóz jest głębszy.
Byliście już na Wyrchgórze? Dajcie znać w komentarzu, czy szlak od strony zejścia doczekał się w końcu porządnych znaków – i czy Wasze psy też uznały wąwóz za najlepszą część wycieczki. Psiątka i do zobaczenia! 🐾