Macie ochotę na coś mokrego, dzikiego i pachnącego przygodą? Rozsiądźcie się wygodnie, zróbcie sobie herbatki albo kawki, bo zabieramy Was dzisiaj do Czech! Cel: Rešovské vodopády. Brzmi fajnie? I tak jest! To jest po prostu psi raj (ludzki w sumie też) pełen wody, patyków i kładek. To tylko 50 km od polskiej granicy, więc nawet nie zdążycie się porządnie zdrzemnąć w aucie.
Gotowi? Jedziemy z tym koksem! 🐶💨
Misja parking
Dojeżdżamy do miejscowości Rešov. Od razu powiem Wam, że z parkowaniem jest tu mała gra w berka. My zaparkowaliśmy na pierwszym parkingu o nazwie „Parkoviste Resov”.
Plus: Jest darmowy! Pańcio był zachwycony, ja też bo to oznacza, że zostało mu więcej kasy na moje smaczki 😀
Minus: Jest malutki. My mieliśmy farta, bo ktoś wyjechał, ale za nami zrobił się korek.
Alternatywa: Zaraz za nim są dwa większe parkingi (jeden na łące, drugi 100 metrów dalej), więc jak nie zmieścicie się na pierwszym, to wąchajcie dalej. Szansa jest!
Stąd ruszamy w trasę. Do przejścia mamy jakieś 1,5 km w jedną stronę. Pikuś!
Startujemy! Z górki na pazurki
Zaraz za parkingiem mijamy knajpę (niestety, bez postoju na parówkę) i dochodzimy do znaku. Jesteśmy na wysokości 548 m n.p.m. I teraz uwaga – idziemy w dół. Pańcio cieszył się jak szczeniak: „O, jaki lekki spacerek, Koksik, patrz jak łatwo!”. Ja wiedziałem swoje. Jak się schodzi, to potem trzeba wejść. Ale na razie cieszyliśmy się chwilą. Idziemy czerwonym szlakiem (na początku jest czerwono-żółty). Droga jest szeroka, wygodna, można swobodnie sikać na krzaki po obu stronach.
Vialuv Mlyn
Dochodzimy do miejsca zwanego „Vialuv Mlyn”. Zeszliśmy już prawie 150 metrów w dół! Tutaj szlaki się rozdzielają:
Żółty skręca w lewo przez super dziwny mostek. Wygląda jak przewrócone drzewo ze sznurkiem zamiast barierki. Mały Pańcio bał się tam wejść, a ja bym przebiegł w sekundę, ale cóż… bezpieczeństwo najważniejsze.
My ciśniemy dalej prosto czerwonym szlakiem.
Po drodze mijamy mnóstwo powalonych drzew. Dla ludzi to „piękne widoki natury”, dla mnie to największy magazyn patyków na świecie. Raj!
Wodospady i kładki
No i się zaczyna! Dochodzimy do pierwszej drewnianej kładki. Słyszę szum. Woda! Dużo wody! To tutaj jest największy wodospad – ma aż 10 metrów! Można podejść pod samą wodę. Oczywiście chciałem sprawdzić, czy smakuje lepiej niż ta z miski (spoiler: smakuje lasem i przygodą). Zaraz za wodospadem są schody i kładki prowadzące na samą górę. I tu ważna uwaga dla psich łap: uważajcie na kładki! Są drewniane, czasem śliskie, a deski bywają krzywe. Moja Pańcia potykała się o własne nogi, ja radziłem sobie lepiej (napęd na 4 łapy robi robotę), ale trzeba uważać, żeby łapa nie wpadła w dziurę.