Karwińskie Morze z psem

Psiemanko! 🐾 Słuchajcie, mój Pańcio wpadł pewnego dnia na ten genialny pomysł – skoro Czechy mają własne morze, to król Koksik MUSI je osobiście obwąchać. I tak oto wyruszyliśmy do Karwiny na słynne Karwińskie Morze, czyli po czesku Karvinské Moře – zbiornik wodny, który Czesi dumnie nazywają swoim morzem. Czy słusznie? No, oceńcie sami…

Skąd się wzięło „morze” w górniczym mieście i to w Czechach?

I tu zaczyna się najlepsza część tej historii, bo Karwińskie Morze to… nie jest żadne naturalne jezioro! Zbiornik powstał w zapadlisku kopalnianym, na miejscu, gdzie kiedyś znajdowały się łąki i domy. Karwina to miasto z bardzo długą tradycją górniczą – wydobycie węgla rozpoczęło się tutaj już w 1776 roku, a przez kolejne stulecia cały region był dosłownie „podminowany” szychtami i chodnikami. W pewnym momencie ziemia po prostu… się zapadła. I tak powstało „morze”. 🐾

Ale Czesi nie załamali łap! Przez dwanaście lat rekultywacji, od 1997 do 2009 roku, przemieszczono ponad 5 milionów metrów sześciennych odpadów poflotacyjnych, teren został ukształtowany i zasypany ziemią. To był największy projekt rekultywacyjny na Morawach i Śląsku, a całkowity koszt wzrósł do około 630 milionów koron. Z górniczego bałaganu zrobili raj – szacunek dla Czechów, serio.

Zbiornik ma 32 hektary powierzchni, a głębokość dochodzi do 25 metrów. Dla porównania – to mniej więcej jak 45 boisk piłkarskich. Sporo jak na „zapadlisko”, prawda? 😄

Dziś przy „morzu” można też zobaczyć charakterystyczny przemysłowy wózek zrobiony z kopalnianego wagonika – taka lokalna ławeczka na kółeczkach. Miły akcent, który przypomina skąd to miejsce się wzięło.

Jak tu dojechać i gdzie zaparkować?

Dojeżdżacie do Karwiny i szukacie jeziora – mapy Was nie zawiodą. Przy samym zbiorniku jest oficjalny parking, ale nieduży i w sezonie szybko się zapełnia. Nam udało się stanąć przy zakładach przemysłowych nieopodal (Pańcio przez chwilę się stresował, czy nie dostanie mandatu za parkowanie pod zakazem, ale wszystko dobrze się skończyło – niedziela robi swoje). Od parkingu przez lasek dosłownie kilka minut i już czuć wodę nosem. A mój nos jest niezawodny.

Molo, które skradło serce psiaka

Pierwsze, co zobaczycie idąc w lewo od wejścia, to pływające molo – i to jest absolutna gwiazda tego miejsca! Są na nim drabinki do wody jak w basenie, ławeczki, stoliczki, taras do opalania. Woda przy molo jest tak czysta, że dno widać na metr-półtora głębokości. Jak na zbiornik o przemysłowym rodowodzie – robi to naprawdę wrażenie.

Mój Pańcio twierdzi, że to imponujące. I muszę przyznać, że miał rację. (Rzadko, ale bywa.)

Uwaga dla psiarzy – ja, Koksik, na molo wchodziłem tylko na smyczy, bo są tam przecież ludzie i nie każdy chce być obsikany przez entuzjastycznego labradora. Ale sam fakt, że w ogóle można tam wejść z psem – bezcenny! 🐾

Plaża, brodzik i pływające wyspy

Idąc dalej w prawo dotrzecie do głównej plaży. Piasek usypany, ławeczki co kilkanaście metrów, latarnie co 100 metrów (co mój Pańcio z jakiegoś powodu bardzo chwalił – widać lubi latarnie). Jest brodzik dla szczeniaczków ludzkich, czyli dzieci, pływające wysepki, do których można dopłynąć, i drewniana ławeczka, z której można siedzieć i moczyć łapy – to mój ulubiony pomysł!

Rada Kraju Morawsko-Śląskiego oraz rada miasta Karwina dofinansowały ten teren kwotą ok. 10 milionów koron – i widać to na każdym kroku. Jest boisko do siatkówki plażowej, plac zabaw, przebieralnie, toalety i specjalna ramka do zdjęć z napisem „Karwińskie More” – mój Pańcio oczywiście musiał mnie w niej uwiecznić. 📸

Trochę żałowałem, że nie ma food trucka z lodami, ale z drugiej strony – może i lepiej bez całego odpustowego bałaganu.

Ciekawostka dla wędkarzy i obserwatorów 🎣

Karwińskie Morze to też popularne miejsce dla wędkarzy – łowi się tutaj m.in. karpie i węgorze. Węgorze! W byłym kopalnianym zapadlisku! Czechy potrafią zaskakiwać.

Spacer dookoła – 3 km czystej przyjemności

Kiedy już odsapnęliście na plaży, zapraszam na obejście całego zbiornika naokoło. Trasa ma niecałe 3 kilometry, jest w całości wyasfaltowana i tak równa, że spokojnie jedzie się na rolkach, rowerze albo hulajnodze. My szliśmy na czterech łapach (Pańcio na dwóch, ja na właściwej liczbie). Przejście zajmuje około 30 minut bez pośpiechu.

Po drodze mija się drewniany mostek nad rzeczką, kilka dzikich zejść do wody, gdzie plażują odważni, i kilka ławeczek z widokiem na taflę. Jedno ostrzeżenie – część ścieżki idzie przez lasek i trochę oddala się od jeziora, więc nie panikujcie, że się zgubiliście. (My się trochę zgubiliśmy, ale to inna historia i nie będziemy o tym opowiadać.)